środa, 24 października 2018

3 miesiące na redukcji

   Za wpis na temat mojej obecnej redukcji zabieram się od jej początku. Plany były różne, tak samo, jak wizje wpisów, ale koniec końców nie wyszło. Minęło 3 miesiące odkąd rozpoczęłam ponowną redukcję i dzisiaj przygotowałam małe podsumowanie.

Określenie celu

   To pierwszy i najważniejszy punkt. Założyłam, że po zakończeniu studiów i przeprowadzce będę mieć większą kontrolę nad tym, co robię, ile jem i jak wygląda mój dzień. Ustaliłam, że daję sobie 3 miesiące i będę się w miarę mocno trzymać planu. Nie wymyśliłam sobie schudnięcia 10 kg, ani wyglądu dziewczyny startującej w bikini fitness! Przede wszystkim chodziło o poprawę wyglądu, co wiążę się z powrotem do wagi, w której czuję się komfortowo. 

Początkowe pomiary

    Najgorszy moment, kiedy stajesz na wagę i nagle "bum"- to aż tyle?! Był mały szok, chociaż myślałam, że będzie jednak gorzej, bo ostatnie miesiące studiów były poniekąd lawiną słodkości, zdrowych lub mniej zdrowych przekąsek i mnóstwa "dobrego" jedzonka, które miało wspomóc naukę. No dobra. Ale najważniejsze, że ten moment miałam za sobą- waga i centymetry zapisane. Dobrze byłoby zrobić sobie zdjęcia, ale niestety dysponowałam jedynie malutkim lusterkiem, więc nie było takiej opcji, a szkoda, bo to jeden z lepszych wyznaczników zmian.

Ustalenie planu

   Tak, jak wspomniałam głównie chodziło o poprawę psychiki- powrót do mojej ulubionej wagi. Tylko, albo aż -4kg, chociaż od początku nie spinałam się, żeby, jak najszybciej to zrobić. Obliczyłam swoje zapotrzebowanie kaloryczne, ustaliłam mniej więcej deficyt, przygotowałam jadłospis i przez kolejne 2 tygodnie obserwowałam, co się dzieje. Już po tygodniu ubyło 1.4kg, potem leciało już wolniej- bardzo wolno, ale wciąż w dół. 

Kolejne pomiary

   Następne pomiary wykonywałam co 2-3 tygodnie- nie widziałam sensu stawać na wagę i mierzyć się co chwilę. Wiem, że niektórych to motywuje, mnie wręcz przeciwnie- wywołuje niepotrzebny stres, a tego mi nie było trzeba. Skoro trzymałam się ustaleń i widziałam po sobie, że coś tam się dzieje, to te małe cyferki nie były mi potrzebne do szczęścia.

Kontrola apetytu i samopoczucia

   Z jedzeniem nie miałam problemu, jasne brakowało pewnych rzeczy i czasami włączało się ssanie nie słodycze, ale z tym sobie radziłam. Nie wyeliminowałam całkowicie produktów, które lubię. Nie było to 100% czysto, bo raz na jakiś czas (no dobra, pewnie raz w tygodniu) wpadały lody, czy inne zachcianki. Wszystko starałam się wliczać i tego dnia zostawiałam sobie po prostu trochę więcej kalorii. Kontrolowałam co jem i ile, ale nie popadałam w paranoje- miałam ochotę na czekoladę to ją jadłam. Po ok 2 miesiącach było już pod górkę, spadało samopoczucie, coraz częściej przychodziła ochota na wysokokaloryczne produkty i włączała się mała agresja. W końcu usłyszałam, że może czas skończyć redukować, bo chodzę zła, zmęczona i bywam nieznośna. Może coś w tym było... Ale chciałam skończyć to, co zaczęłam.

Ostatecznie po 3 miesiącach...

   Równo po 3 miesiącach doszliśmy do wniosku, że pora podnieść trochę kalorykę. Wykonaliśmy pomiary i wyszło na to, że ubyło mnie 3,5kg. Fakt, nie założone 4, ale to nic! Zdaję sobie sprawę, że przy moim wzroście i wymiarach nie będą to spektakularne liczby. Nie będę mówić, że przez ostatnie miesiące byłam grubaskiem, bo nie byłam- zebrało się tu i tam parę centymetrów, ale nie było tragedii. a w kwestii centymetrów- tu też poszło ich trochę- łącznie -10cm w obwodach. Celowo nie podaję konkretnych liczb, nie dlatego, że się ich wstydzę (hello! nie ma czego!). Wiem, jak te cyferki działają szczególnie na kobiety- lubimy się porównywać i demotywować. 

Czy było warto? Tak! Bywało pod górkę, czasami nawet bardzo, ale wypracowałam sobie kolejne nawyki. Nauczyłam się chociaż w małym stopniu radzić z napadami. Wprowadziłam kilka trików, które pozwoliły wytrwać i przede wszystkim zmieniłam nastawienie do siebie i swojej sylwetki. Więc tak, było warto. Aktualnie testuję, jak zadziała +150kcal i mam cichą nadzieję, że jest to nadal mój deficyt i będę mogła za jakiś czas znowu podnieść kalorie. Nie ukrywam, że zazdroszczę Tomkowi, kiedy wzdycha, że zostało mu jeszcze 1000kcal do zjedzenia i nie ma pomysłu ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz. Staram się odpowiadać na większość z nich:)