czwartek, 15 lutego 2018

Świnka chudzinka: pamiętnik#5

Ten wpis jest dla mnie szczególnie trudny. Będzie długi, może niekoniecznie napisany poprawnie, ale nie chcę tego pisać po raz kolejny. Nie chcę nawet czytać i sprawdzać, czy są błędy. Łatwiej napisać o czymś, co było kiedyś, ale pisanie o etapie, który do niedawna był rzeczywistością jest ciężkie. Trochę, jak zrywanie plastra co chwilę.

Coś tam ćwiczę, coś tam się staram


   Chyba tak najprościej można byłoby określić okres końcówki  2014 roku do początku 2017 roku. Bo niby coś tam staram się „trzymać michę”, nadal udawało mi się jakoś tam ruszać, ale jak wpadały zakazane produkty to świat się nie zawalał i raczej jadłam ich więcej niż mniej. Bywały dni, kiedy potrafiłam jeść bardzo mało, bo przecież dzień wcześniej zjadłam za dużo. albo na odwrót jadłam dużo, bo wcześniej było za mało. Robiłam w tym czasie setki wyzwań bez słodyczy, bez fast foodów- z różnym skutkiem. Z czasem zauważyłam, że moje treningi nie przynoszą żadnych efektów, więc odpuszczałam.


Znowu jem mniej, znowu zaczynam się ruszać


Nie wiem, kiedy dokładnie po raz kolejny popatrzyłam w lustro i znowu coś było nie halo, więc enty już raz jadłam mało, zwłaszcza, kiedy przebywałam poza domem- co z tego, że w brzuchu burczało i nie mogłam zasnąć. Przecież nie wolno jeść. Miałam ten komfort, że przeprowadziłam się do babci i właściwie posiłki mnie nie obchodziły, bo zawsze coś tam było. Brałam mini porcje i było ok. Do tego starałam się nadal ćwiczyć 5-6 razy w tygodniu, a w cieplejsze dni jeździłam na rowerze. Ciężko mi opisać, jak to dokładnie wyglądało, bo był to okres, kiedy właściwie nie miałam czasu dla siebie. Robiłam co musiałam, ODWALAŁAM każdy dzień i jakoś to było.

Zaczynamy KRYNCIĆ cardio


Na drugim roku studiów doszedł mi WF, czyli tak bardzo znienawidzony przedmiot. Po cholerę mi to? 1.5h udawania, że coś robię… Najpierw tak do tego podchodziłam, potem stwierdziłam, że w sumie te 1.5h na rowerze na zmianę z bieżnią albo orbitrekiem nawet lecą. Z czasem zaczęłyśmy z dziewczynami chodzić na 3h, żeby poodrabiać zajęcia i mieć potem spokój. Odbębniłyśmy swoje godziny i do końca semestru luz. Wtedy uważałam, że „chodzę na siłkę”(tu umieram ze śmiechu). Plusem było to, że rzeczywiście więcej się ruszałam.


Nowy semestr i zmiany


Kolejny semestr i kolejne godziny WF, a właściwie tylko kilka zajęć, bo dzięki zawodom byłam zwolniona z pozostałych, co dawało mi kilka dodatkowych godzin w tygodniu. I tu nagle znikąd pojawia się Magda(dziękowałam już kilka razy, ale jeszcze tu oficjalnie dziękuję:*) z pytaniem „Gabi co ty na to, żeby chodzić na siłownię?”. Odpowiedź zajęła mi chyba 2sekundy- no jasne! Od dawna gdzieś tam był taki pomysł, no ale jak? Sama? A poza tym wiedziałam, że zakończy się to awanturą na gruncie osobistym. I tak oto następnego dnia kupiłyśmy karnety, a dokładnie 22 lutego poszłyśmy na swój pierwszy trening. <tutaj> pisałam o pierwszym treningu.

Kontrolne pomiary


Dzięki możliwości comiesięcznej analizy składu ciała mogłam sprawdzać, jak mi idzie. Nie ukrywam, że za każdym razem jest stres(tak, nadal jest), bo jakby nie patrzeć urządzenie pokazuje Ci co się dzieje z Twoim ciałem- dla mnie wtedy wyznacznikiem szczęścia była waga. I niestety pojawił się ktoś, kto może i chciał dobrze, może miał na celu motywację, ale nieświadomie wkręcił mnie w patrzenie na cyferki. Mam o to żal, ale patrząc na to z perspektywy czasu miałabym ochotę za to podziękować, bo może dzięki temu jestem teraz w tym, a nie innym miejscu.

Miesiąc po miesiącu coraz niżej


Waga spadała, przed każdym pomiarem dawałam z siebie 100%, a nawet 150%! Żeby tylko tydzień, dzień przed pomiarami było jak najmniej na wadze. I tak- potrafiłam przez 1-2 tygodnie jeść po 800-1000kcal do tego trenować(bezmyślnie) 6 razy w tygodniu i 7 razy w tygodniu robić po 15-20km rowerem, byle tylko schodzić, jak najniżej. Udawało się…



Szczyt głupoty


Bo inaczej tego nie określę. W czerwcu miałam ostatnie treningi i ostatnią „weryfikację”, więc trzeba było spiąć dupkę jeszcze mocniej! 6-7 treningów+ rower, no ale to za mało. Dokręciłam śrubę tak, że przez 1.5tygodnia jadłam max 300-350kcal. Da się? Jasne, że się da- wafle ryżowe+woda. Mózgu chyba nie miałam już wcale! Tak, super, waga pokazała magiczne cyferki, więc osiągnęłam swój cel. A wiedziałam, że to nie koniec, bo przecież teraz czeka mnie praca.

Praca, wysiłek i znowu brak jedzenia


Kilka dni później wyjechałam do Holandii, gdzie żywiłam się paczkowanym jedzeniem. Makarony, kasze, ryże do tego sosy z torebki, jakieś puszki. A no tak, zdarzały się czasami banany i 2 razy miałam na obiad kurczaka(który smakował jak przeżuta i wypluta guma). Nie będę pisać, że praca była lekka, bo nie była. Zmęczenie fizyczne, psychiczne i głodzenie się doprowadziły do tego, że wyglądałam gorzej niż źle. Kości mogłam liczyć, pod żebra spokojnie wkładałam palce- chyba jednak oszczędzę szczegółów. Nie miałam lustra, więc nie widziałam tego, ale jarałam się, bo w końcu schudłam jeszcze bardziej!


Co śmieszne- miałam świadomość, że robię źle, ale chciałam na maksa wykorzystać czas, kiedy mój organizm właściwie nie potrzebuje już więcej niż 800-900kcal. Wiedziałam też, że jak wrócę, będę potrzebowała pomocy, bo sama nie ogarnę, ale wtedy liczyło się to, że mogę nie jeść.

Szczyt głupoty został osiągnięty. I nie, nie piszę tego, żeby pokazać, że można żyć jedząc 300kcal, czy można przeżyć zapierniczając w ciężkim warunkach przy 800kcal! Piszę, bo wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo krzywdzą siebie i nie wiedzą, jakie skutki niesie za sobą głodzenie organizmu!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz. Staram się odpowiadać na większość z nich:)