poniedziałek, 15 stycznia 2018

Świnka chudzinka:pamiętnik#3

Życie w akademiku, czyli najsmaczniejsza kuchnia ever!


Jeśli nie miałeś okazji smakować cudownej kuchni w akademiku to żałuj. Moje żywienie w jednym momencie się zmieniło. Warunkiem mieszkania w akademiku było opłacanie obiadów od poniedziałku do piątku- za śmieszną cenę 5zł. I to nie byle co, bo dwudaniowy obiad. Do tego zawsze kompot, czasami owoce/jogurty, soki albo jakieś ciacho. Żyć nie umierać? Porcje też nie były małe. Facet się spokojnie najadał! A o chlebie zapomniałam- zawsze był świeżutki, mięciutki i taki mniaaam. No tak, ale mój żołądek nie mieścił takich ilości. Więc zjadałam drugie danie, a zupę zabierałam do pokoju. W ten sposób miałam gotową kolację lub śniadanie na ciepło. Zostawał tylko jeden posiłek do przygotowania. Proste?



Ale przecież ziemniaki tuczą…


Zastrzelcie mnie, ale takich głupot się naczytałam. No to co robimy? Nie jemy ziemniaków wcale! Mięsko mniam, suróweczka mniam, kasza(do dzisiaj ją kocham), chlebuś? To ja poproszę jeszcze 2 kromki, w porywach do 6, jeśli jest tak bardzo mięciusi. A w piątki najlepsze jedzonko- naleśniczki z serem i dżemem, kluski śląskie, kopytka, pierożki- nawet teraz, kiedy to piszę mam ochotę na to jedzonko. Nie będę ukrywać, kochałam te posiłki, bo nie była to zwykła barowa kuchnia, ale serduszko, które te panie wkładały.

W tygodniu stołówki, w weekendy słoiki i słodycze


Tak było. No micha to nie była. Ale w tygodniu zero słodyczy, zero fast foodów, zero chipsów i innych rzeczy. Tylko śniadanka, obiady i kolacje, a do tego owoce. Szczerze mówiąc nie pamiętam, co jadałam. W weekendy byłam totalnym słoikiem-zupki od mamy, kotleciki, pierożki- wszystko co dało się przywieźć, zamrozić lub w inny sposób zakonserwować. Ale w weekend pozwalałam sobie na słodkie. Nie dużo, ale coś tam wpadało, bo przecież student biedny to sobie nie pozwoli na burżujstwo.

Trening 6 razy w tygodniu to za mało, lecimy codziennie, bo nie będzie efektu.


Trenowałam, albo raczej ćwiczyłam co popadło w pokoju- przepraszam wszystkich, którym sufit leciał na głowę. Była Chodakowska, Gacka, Mel B, Fitlovers i milion innych filmików, które udało mi się znaleźć. Minimum pół godziny, ale z czasem godzina, półtorej. Do tego spacery, które kochałam. Potrafiłam przejść pół miasta po mandarynki, czy banany- byle tylko mieć cel i gdzieś wyjść.

Pracuję, ale nie jem, bo przecież będę gruba!


Jakoś przed Wielkanocą znalazłam pracę. Nie była może jakaś mega ciężka, ale fizyczna, non stop w ruchu. Zaraz po zajęciach jechałam, potem musiałam przejść ok 2-3km, 3-4h pracy, dalej 2-3km i do autobusu. W tym momencie wyglądałam już chudo, ale ja tego nie widziałam. Pani, u której pracowałam za każdym razem mówiła, jaka ja jestem szczupła. No i dobrze! Mam być przecież chudziutka. Oczywiście po pracy nic nie jadłam, bo nie po to traciłam te kalorie.

Ciałko idealne nie wystarczy, zawsze może być lepiej.


Jakoś w Wielkanoc mogłam już cieszyć się pełnią „formy”, bo moje kolce biodrowe były na wierzchu, nóżki, jak patyki, buźka uśmiechnięta, a każdy mówił „jak ty schudłaś”. I o to chodziło. Przecież miał być widoczny efekt. A co robi człowiek, któremu zależy? Biegnie. Nie, przepraszam goni do celu, bo waga 45kg to przecież wciąż za dużo!
 wrzesień 2013/kwiecień 2014

Nie, na tym nie koniec. Bo kogo uszczęśliwiłoby 45kg i bycie chudym?

Czasami mam wrażenie, że z tych kilku lat mogłabym napisać książkę, a nie pojedyncze wpisy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz. Staram się odpowiadać na większość z nich:)