niedziela, 28 stycznia 2018

Świnka chudzinka: pamiętnik#4

Do wakacji zniknę


Tak, zdecydowanie jest to dobre określenie, bo już w maju wyglądałam źle. Hmm tzn. teraz jestem świadoma tego, że tak było. W moim odczuciu wciąż można było tu i tam zgubić jeszcze kilka centymetrów, o kilogramach nie wspomnę. Waga? Ok 43 kg! Pamiętam, jak dostałam pierwszy mało przyjemny komentarz pod zdjęciem- „Czy Ciebie nikt nie karmi?”. Wtedy odebrałam to jako zabawny komplement(widzisz i nie grzmisz!), ale już wtedy znajomy zauważył, że chyba coś jest nie halo. I tak było. Jakoś początkiem czerwca było  mnie już bardzo mało, ale wtedy sporo się zmieniło…

maj 2014/czerwiec 2014




Trening, praca, trening


Dokładnie tak wyglądał mój dzień od początku czerwca do końca wakacji. Wstawałam jak najwcześniej, żeby odbębnić jakiś półtoragodzinny trening w pokoju, szłam na zajęcia, potem do pracy, wracałam, brałam rolki i przez 2h jeździłam nad Wisłokiem. Po zakończeniu roku został już tylko trening-praca-rolki.
Żeby było śmieszniej pracowałam w budce z lodami, gdzie ok 2 razy w tygodniu miałam możliwość przyniesienia 2-3 litrów lodów, więc chyba nie muszę mówić, że przez wakacje żywiłam się głównie lodami?

Dieta lodowa nie działa


Podobno niektóre pokarmy mają ujemne kalorie? Większej głupoty nie ma, ale myślałam, że rzeczywiście tak jest z dietą lodową. Więc moje posiłki wyglądały codziennie podobnie- ok 6 rano „obiad” 2 ziemniaki/ryż+ mięso, w pracy 2 tosty, ewentualnie jogurt, a na kolację tyle lodów, ile się dało. A jak wpadły chipsy i czekolada to też dawałam radę to wszystko pomieścić. Nic dziwnego skoro pół dnia w zasadzie nie jadłam, katowałam się rano i wieczorem. Zawsze był jakiś film+słodkości na noc, później bóle brzucha i obiecanki- od jutra nie jem słodyczy. I tak do końca sierpnia, czyli do wesela kuzyna.

O nie! Znowu jestem gruba!


No cóż, końcem sierpnia nie było mi już do śmiechu- lodowa dieta i moje „treningi” dodały mi ok 7 kilogramów w ciągu zaledwie 3 miesięcy. Ale przecież nowy semestr, nowi ludzie- na pewno mi się uda. Tak, plan był cudowny- codziennie ćwiczenia przez godzinę/półtorej. W tygodniu jadłam normalne śniadania, część obiadów i kolacje. ZERO słodyczy i przekąsek, ale już w piątek potrafiłam robić zapas na weekend. Bo przecież w weekend wolno jeść wszystko. Efekt? Raczej jego brak.

sierpień 2014/październik 2014 

Spalacz tłuszczu raz!


Nigdy tego nie róbcie! Żadnych cudownych tabletek na odchudzanie, żadnych spalaczy tłuszczu. Jeszcze wtedy wierzyłam, że to magiczne tabletki, które mnie odchudzą, bo przecież kolega powiedział, że jego znajomy schudł po tym 10kg w miesiąc. Zaczęło się od koleżanki, bo przecież skoro ona bierze to czemu ja nie mogę? Pierwsze tygodnie nic się nie działo, no oprócz wzmożonej termogenezy, ale dla mnie to był efekt uboczny. Bo kto by myślał, że tak właśnie to działa? Po którymś weekendzie wylądowałam w szpitalu(dzięki moim współlokatorkom, które mnie zmusiły do wizyty u lekarza). Oczywiście po milionie badań, godzinach na SORze lekarze stwierdzili, że jestem okazem zdrowia(mimo tragicznych wyników krwi). Jedyne, co mogli powiedzieć to „ostre zatrucie”- jasne, też tak myślała zwłaszcza biorąc pod uwagę, ile przetworzonych produktów pochłonęłam. Lekarz rodzinny po dokładnym wywiadzie również potwierdził rzekome zatrucie.
Z perspektywy czasu przypuszczam, że niczym się nie zatrułam, tylko przedawkowałam magicznie odchudzającą substancję.

Ktoś wytrwał do końca? Mam nadzieję, że takich głupot nie popełniacie. Niech Wam do głowy nie przychodzą te wspaniałe pomysły.

Kolejny post będzie już zakończeniem, podsumowaniem, aż do 2017r, kiedy zmieniło się dosłownie wszystko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz. Staram się odpowiadać na większość z nich:)